Po przekąsce idziemy na górę. Rozpoczynają się tańce. Grosik z Tomaszową, Tomasz z bogatą babką-teściową, stary Wilczek z żoną, pan Tarczewski z pralniczką. — Warczy wesoła „Oj-ra” — zabawa leniwie się ożywia. — Młodzieży brak — bo kto ma dać rubla, to woli trzy ruble puścić z kolegami za domem — taka to dzisiaj młodzież.

Pani Tomaszowa lubi się bawić, choć ma już siedmioro dzieci; natańczyła się ona za młodu. Dla niej urządzali specjalne zabawy na Kępie; wtedy jeszcze na Kępie nie było „grandy” jak teraz. — I Grosik, pierwszy tancerz w pułku, ale z słabą głową — już zbyt głośno przytupuje po sześciu kieliszkach, a raz w raz ciągnie kogoś na dół na przepitkę.

— Znów będzie breweriował264.

Dzieciaki ustawiły się w kącie między kominem a drzwiami i patrzą na zabawę — a w sionce terminatorzy pana Tomasza nie śmią wejść do izby: i tak ciasnota, ich by jeszcze tylko brakowało.

Zaszła mała sprzeczka między kobietami: o to, że piwa mało, o to, że wszystkie na zabawie, a żadnej przy kominie. Ale nie doszło dó kłótni; dopiero po balu pójdą plotki albo i co gorszego.

Izba powleka się obłokami dymu i parą gorących oddechów. — Otworzyli okno, ale wiatr ze śniegiem wpadł ze dwora i jedną lampkę zagasił, a w drugiej tak zakołysał płomieniem, że kopeć poleciał pod sufit. — Śmieje się Grosik, że pocałował w ciemności kogoś, ale kogo — nie powie. Żonę ma zazdrosną, to ją lubi przy tej okazji podrażnić.

— Chodź pan, panie Janie, na kieliszek.

— Przestań chlać, bo do kolacji zbraknie — upomina go żona.

— Jak zbraknie, to dam pięć rubli i musi się znaleźć... Choćby wszystkie monopole na świecie były zamknięte... No, chodź, Janek — niech cię choroba. — Oj, byłem ja cięty na pana, ale teraz to ani ja zazdrosny, ani nic: nie mydło, to się i nie wymydli... Bo ja to taki: jak przyjaciel, to przyjaciel: wsio popołam265... No daj pyska.

Zatoczył się, pocałował, wziął pod rękę i ciągnie na dół.