— O, są kozy. Jazda, panie Janie: ja jedną, a pan drugą.
Weszły dziewczęta: Wikcia ma buzię uśmiechniętą i śnieg topniejący we włosach. Wyrwała się i pobiegła przebrać do sąsiadów. Mańkę zagarnął Grosik i rzucił w wir tańca.
— Jak się ten Grosik upije, to nie ma z nim żadnej zabawy; ale nahałasuje się, zmęczy prędko i zaśnie.
Harmonia dusi się w spiekocie, zawodzi, jęczy.
Z szyb, ścian spływają wielkie brudne krople. Twarze giną w dymie.
Dziarski zamaszysty oberek w ciasnej i dusznej izbie kurczy się, kondensuje, by z tym większą siłą kipieć w małej przestrzeni; małe kółka stają się tym zawrotniejsze. — Hu, ha! — brzmią szerokie, nieszczere, zdławione okrzyki.
Porywa mnie ów pijany szał mięśni, aż wylękłe myśli jak stado spłoszonych gołębi rozbiegają się i tłuką o czaszkę.
— Ej, starzy — bo się rozsypiecie.
Oni nie zważają — bawią się, cieszą — karnawał. Oberek zwija się i rozkurcza, drwi i pobudza — i pcha ten tłum stłoczony spoconych ciał — pcha, miesza, kotłuje.
Z sufitu spadają gęste krople na wilgotne deski nierównej podłogi. Dzieci zasiadły na kominie, podkurczyły pod siebie nogi i patrzą w mgłę.