A z dala dobiegają odgłosy gdzieś drugiej i trzeciej zabawy...

— Wikciu, my teraz...

Opiera rękę na moim ramieniu.

Grosik prze, depcze, roztrąca. Wilczek przytupuje kręcąc się jak skrzydło wiatraka wokoło grubej pani Majowej. Przycisnąłem moje dziewczątko mocno. Twarz jej tuż przy mojej twarzy. Ktoś potrącił nas silnie, zaczepił o jej włosy — i spłynęły dwiema falami; szybkim ruchem pochwyciłem warkocze, zarzuciłem między nasze twarze, a żeby nie wyfrunęły, przycisnąłem ustami, i przez jedwabną ich siatkę przywarłem ustami do jej ust. I tak w najboleśniejszym pocałunku wirowałem z nią nieprzytomnie — pchany, bity, deptany.

— Grać — krzyczy Grosik. — Graj, do cholery, bo ja ci...

Powstrzymali go.

— Na kolację.

— Ja — mówi Grosik — tobym tak mógł tańczyć cały tydzień. Jak u nas w wojsku poświęcali znamię266, z żoną gienierała tańczyłem — i tylko mówiła: łowko, moł, tańcujesz, mołodiec267!

Wikcia ma łzy w oczach.

— Przepraszam, panno Wikciu. Ja pani powiem kiedyś... bo ja muszę dużo pani powiedzieć.