Spojrzała mi w oczy jasnym, czystym wzrokiem.

— Nic nie szkodzi. Niech pan Jan zejdzie: napije się pan Jan wódki i ja coś zjem, bo stara chciała dać herbatę, ale się spieszyłam.

— I pani nic nie jadła od obiadu?

— Ja nie byłam na obiedzie, bo miałyśmy robotę pilną.

— A ten narzeczony starej nie czepia się już?

— A co mnie to może obchodzić? — Chodźmy na dół.

Głodna, cicha pracownica....

Pierwsza grupa zasiadła do stołu. Na górze tańczą.

Wchodzi Adam. — Średniego wzrostu, krępy, łysawy, z bródką w klin — ma wyraz twarzy ostry, stanowczy, prawie niemiły. — Dziwnie odbija jego blada, poważna twarz pośród czerwonych, zaognionych twarzy biesiadników.

— Dlaczego tak późno?