Chcę zawołać, ale nie mogę; wyrazy dławią, bo są twarde i mają ostre brzegi. — Oni milczą. — Milcząc piją i palą... palą.

Śmierć zasiadła im między powiekami.

— Oni wtedy byli źli na ciebie. Ale ty, Janek, dobry chłop. Bo była bryndza276... Niech cię cholera zdusi. Na, chlej.

Piję. — Milczą.

— Pójdziemy do Komety?... Chodźcie: przepijem do niego.

W szynkownianym powietrzu wytworzyły się drgnienia, których się ulękli i pragną uciec.

— Te, Fater. Dla każdego po czterdziestce w kieszeń — i płacić.

Każdy bierze flaszkę w kieszeń. Jest nas siedmiu. Pusto na ulicy. Mury dziwnych domów liczą nasze kroki...

Ciemne, wąskie, skrzypiące, straszne gdzieś w dół schody; niski, czarny, długi korytarz — drzwi.

Zapalają cienki stoczek. — Na łóżku kobieta i chory.