„I znów dzień przeszedł”.
I zrywa się z uczuciem ulgi kartkę ze ściennego kalendarza...
Wróbel. — Przepalanka. Dwie kiełbasy. — Wszystko jak przed rokiem. — Śmieszne, że mnie to dziwi.
— Powiadam ci — zapala się Janek — palce lizać. Mała, czarna — a jak zbudowana — a co za ciało, powiadam ci — co za ciało. — Idę z Felkiem — (poznasz go) — przez Marszałkowską... Zaraz przeniuchałem, że nietutejsza. — On mówi: „Nie zawróć sobie łba”. — Dobrze, zobaczymy. — Nie chciał wierzyć... Ale teraz już wierzy i łazi z wywieszonym ozorem, aż ja ją puszczę kantem... Ale... ale: patrz no, co za pocztówki wspaniałe. Widzisz? — O ta... albo ta... Cywilizuje się Warszawa — coo?...
Janek — towarzysz wspólnych zabaw z „Saksy”71. — Matka ich miała sklep jubilerski obok naszej perfumerii. — Mieli bardzo surową bonę — Niemkę. — Raz zerwałem różę z klombu i przyniosłem jego siostrze — Wańdzi. Niemczura kazała jej za karę wziąć różę w piąstkę i ścisnąć. Kolce wpiły jej się w ciało i krew koralami spływała z palców. Cicho powiedziała mi przez łzy: „To nie boli, Janku — to nic”. — Wyszła za mąż za starego, potem uciekła z młodym — ostatecznie „puściła się”.
— Kelner, jeszcze karafkę przepalanki.
— Słucham pana.
Rojno, gwarno, kojąco.
— Słuchaj no, tworze ojcowski i boski — o coś się pożarł ze starym?
— Mniejsza o to.