— Po co jutro? Żyd do interesu wylizie spod dziewiątej pierzyny... No więc?

— Nie chcę! — powiedziałem ostatnim wysiłkiem woli.

— To nie... Pan myśli może, że my się od razu na panu wzbogacimy?... Nam pieniędzy nie brak... Jak nie ma, to będą... Pan tu przyjdzie jeszcze do nas... Płaci pan, bo jak nie, to nie trzeba: nam i tak skredytują!

Zapłaciłem i uciekłem.

Między dniem wczorajszym a dzisiejszym upłynęło tyle czasu.

Szedłem z zamkniętymi oczami, po pięć, po dziesięć, piętnaście kroków: To tak wygodnie: nie myśli się o niczym więcej, tylko żeby łbem nie wyrżnąć o latarnię.

Uderzyłem pięścią w drzwi.

— Co za bydlę? — rozległ się głos Janka.

— To ja! Otwórz.

— Ach to ty?... Nie mogę... Zaczekaj.