Bywa jednak inaczej. Bywa tak, że sam coś złego zrobiłem i smutno mi, i sumienie mnie męczy. Coś jak ból zęba dokucza mi, niepokoi. Chciałbym zapomnieć, a nie mogę. Więc gniewam się i szukam kogoś, na kim mógłbym gniew swój wywrzeć. I tak właśnie dziś było.
Wyrwaliście brukiew — to był pierwszy zły czyn. Niepokój was ogarnął. Znieważyliście biednego pastucha — niepokój wasz wzrósł. Rzuciliście straszne, haniebne podejrzenie na kolegę i na nas, waszych dozorców. To było zakończenie dzisiejszego smutnego dnia...
Wielka szkoda, że się tak stało — wielka szkoda, że stało się tak akurat dziś, gdy my, dozorcy, mieliśmy do was prośbę, gdy chcieliśmy was powołać do pewnego wspólnego czynu dla dobra kolonii.
Co to za prośba, co mieli zrobić?
Dlaczego pan nie chce powiedzieć?
Bo i tak nic z tego nie będzie.
Ależ zrobią wszystko chętnie.
Otóż bywa tak, że jest pożar albo powódź, albo zaraza. Jedni uciekają sami od nieszczęścia, ratują własny tylko dobytek, myślą tylko o sobie. Zawsze jednak znajdują się ochotnicy, którzy, przez nikogo niewzywani, sami rzucają się w płomienie, by wyratować dziecko, znoszą wodę do pożaru lub sypią tamy podczas powodzi, lub pielęgnują chorych.
Pożar... powódź?
Już zrywają się z miejsc i chcą biec na ratunek.