Wesoła książka. Zdziś lubi patrzeć na niebo. Józio chciał uciec z kolonii.

Ach, wesoła książka, powiadacie.

O nie, to smutna książka, dzieci.

Smutna książka, a wydaje się wesołą dlatego tylko, że wybrałem uśmiechy, głęboko ukryłem łzy.

Nie chcę, byście zbyt wcześnie myślały o łzach, na które dziś nic jeszcze poradzić nie możecie. Później kiedyś spotkamy się; powiem wam wówczas:

— Pamiętacie, śmieliśmy się razem ochoczo; teraz czas przerwać zabawę, należy blaskiem dostojnej myśli opromienić czoła, nie zawodzić żałośnie, że źle się Józkom i Joskom dzieje na świecie, ale rękawy zakasać i jąć się pracy znojnej i świętej dla ich dobra, Ojczyzny, Przyszłości...

Nie zrozumieliście, nie szkodzi. Powróćmy do przerwanej opowieści.

Otóż wesoło jest chłopcom na wsi, ale jest ich niewielu w porównaniu z tymi, którzy nie wyjechali i nie wyjadą nigdy na kolonie, bo nie ma ich kto zapisać, bo muszą zarabiać w domu, bo Towarzystwo z braku miejsc wysłania ich odmówi. A tym nielicznym, których na wieś wysłano, tylko cztery tygodnie jest dobrze. Cztery tygodnie miną „jaka ta rybka zwinna, szybka” — mówi Łazarkiewicz, i pozostanie tylko wspomnienie.

Siostra Olka była na kolonii w Suchej raz jeden i dawno już, dawno. Ale i dziś po pracy wieczorem opowiada chętnie, jak bawiły się tam w królewnę, jak właściciel cegielni porobił im rurki z gliny i kiedy się dmuchało z jednej strony, z drugiej strony wytryskała fontanna. Dziś jeszcze śpiewa siostra Olka piosenki kolonijne podczas szycia. I Olek pójdzie do roboty, więc już na wieś nie pojedzie, i tylko przy pracy opowie czasem o swoim okręcie, szałasie z ogródkiem, i Dzwonią dzwonki zanuci...

Wiecie już, że nie wszystkim dzieciom jest jednakowo wesoło na kolonii, niektórym nie podoba się ciągła bieganina i zabawy, a hałas je nuży i męczy.