Prócz dużych są małe łodzie małych kapitanów: Paluszka i Terleckiego na krzywej brzezinie, Sulejewskiego na niskim dębczaku. Kto by teraz spojrzał na marsowe czoło kapitana Sulejewskiego i posłuchał jego grzmiących rozkazów, ten by nie chciał wierzyć, że tydzień temu łzy ronił, bo go siostra nie odprowadziła do kolonii, i nos pełen troski rękawem ucierał.

Cóż dodać jeszcze do rozdziału o rozwoju marynarki w Wilhelmówce? To chyba tylko, że jak tu, tak wszędzie jedni rychło porzucali zabawę, drudzy kończyli pracę kłótnią, zabawy nie zdążyli nawet rozpocząć, jeszcze inni próbowali zagrabić gotowe już okręty, co im się jednak nie udało, bo w głównej kancelarii ministerium57 marynarki zapisane były wszystkie okręty i ich posiadacze; znaczna część okrętów przetrwała do końca kolonijnego sezonu.

Rozdział dziewiąty

Morze Pompowe koło studni. Admirałowie Floty Morza Pompowego. Kolej patykowa i skorupka od jajka.

Poza kolonią jest kierat, który chłopcy pierwszego ranka wzięli za karuzelę i srodze się zawiedli.

Rano Jan wprzęga konia do kieratu, kręci wodę ze studni do pompy i do zbiornika.

Niektórzy, przekonawszy się, że wielkie koło drewniane nie jest karuzelą, dali za wygraną; są jednak tacy, co uważają, że na drewnianym kole jeździ się wcale dobrze. Jeśli tutka od fajerwerku może być lunetą, drzewo — okrętem, gałąź — kotwicą, dlaczego kierat nie ma być karuzelą?

Niby sobie patrzą z daleka, dziwią się, jak też koniowi nie zakręci się w głowie od ciągłego chodzenia w kółko — i nie ma w tym nic zdrożnego; ale niech tylko Jan odejdzie na chwilę, już zaczynają się wozić.

Raz mało co Dałkiewicz nie wpadł pod koło, bo się w sznurze zaplątał, że nawet mu czapka zleciała i dopiero para czapkę mu podniosła; Jan tak się przestraszył, że na pewno dałby mu batem przez plecy, gdyby Dałkiewicz nie uciekł, gdyby Jan miał bat akurat pod ręką.

Kłopot był wielki z kieratem, dopóki Dajnowski i Wiktorowski nie zostali admirałami Zjednoczonej Floty Morza Pompowego i właścicielami całego przylegającego do morza terenu.