Należy wiedzieć, że im wcześniej wszyscy leżeć będą w łóżkach, tym dłuższą bajkę pan będzie mógł opowiedzieć. A bajki jak bajki — bywają mniej lub więcej ciekawe; ale z góry nie można nigdy przewidzieć. Może dziś akurat będzie ładna bajka, a tu pan urwie w najciekawszym miejscu, że późno, więc jutro dokończy. Tego najbardziej nie lubią. Najlepiej, gdy całą bajkę pan skończy i jeszcze krótkiego coś doda na dokładkę.
Dziś ma być nie bajka, ale prawdziwa historia — historia o trzech chłopcach z poprzedniego sezonu; wiadomo bowiem, że przed miesiącem w tej samej sali na tych samych łóżkach spali inni chłopcy, którzy nosili te same bluzy, pili mleko z tych samych kubków i tak samo puszczali latawca, grali w warcaby i młynek.
Teraz już są w Warszawie, ale wspomnienie o nich zostało. I pan dziś opowie historię trzech łóżek. A najuważniej słuchać będą: Czesio Gryczyński, Trześniewski i Karol Zaremba, bo to na ich łóżkach właśnie spali w poprzednim sezonie chłopcy, o których się powie.
A więc tak:
W parę dni po przyjeździe na kolonię wybrali się do lasu. Wtedy dużo było jeszcze poziomek. Jedni od razu zjadali zerwane poziomki, a inni zbierali do czapki.
Mały Jasiek, chłopiec słaby, a przy tym jąkała, zebrał dużo poziomek do czapki, był bardzo z tego dumny i wszystkim pokazywał, jak dużo poziomek zebrał do czapki. I oto ci trzej chłopcy, którzy spali w łóżkach: dziewiątym, dwudziestym trzecim i dwudziestym ósmym, wyrwali Jaśkowi z rąk czapkę, poziomki zjedli, czapkę rzucili w krzaki, a jeszcze zagrozili obiciem, gdyby się poskarżył.
Świadkowie tej brzydkiej sceny byli oburzeni, nazwali ich złodziejami, postanowili z nimi nie bawić się nigdy ani im ręki nie podawać wcale. Cóż więc dziwnego, że ci trzej chłopcy, poniżeni i osamotnieni, jedyną w tym znajdowali rozrywkę, że przeszkadzali innym w zabawie i dokuczali, i bili się ze wszystkimi.
Kiedy wreszcie doszło do sprawy, okazało się, że aż czternastu chłopców miało do nich urazę, że skarżyli się nawet w listach do rodziców: „Byłoby mi dobrze, ale chłopcy biją się i przezywają”, „Chciałbym wrócić do domu, bo chłopcy popychają, przeszkadzają w zabawie i mówią brzydkie wyrazy”.
Jak duchy wyklęte błąkali się po kolonii — sieli łzy i skargi, zbierali nienawiść.
Czy można pozwolić, aby tacy trzej niegodziwcy zakłócali spokój całej kolonii, czy nie należy tych trzech najgorszych odesłać do Warszawy, do domu? Jednakże pamiętać trzeba, że ci najgorsi z kolonii są najbiedniejsi, najbardziej zaniedbani, że ich kolonia właśnie poprawić powinna i może.