— Pomóż. Zanieś ze mną do domu, jeżeli uradzisz.

— Fi, nie takie kosze nosiłem — pochwalił się Kajtuś.

A kosz ciężki.

Bierze. Niesie. Ręce mdleją.

— Czy jeszcze daleko?

— Nie. Tu zaraz.

Zaraz nie zaraz. Bez kosza byłoby może blisko, ale z ciężarem daleko.

Przystaje. Przekłada z ręki do ręki.

— Daj, pomogę — mówi pani.

— Nie trzeba — mruknął niechętnie.