Tłumy biegną do Łazienek.
Kajtuś przeciska się, idzie zmęczony krok za krokiem — do domu.
Stuknął się palcem i w swoim starym palcie, z szalikiem na szyi wszedł do bramy.
Niespokojny, co rodzice powiedzą, że wyszedł na tak długo.
Rozdział ósmy
Awantury, jakich świat nie widział — Poplątali się: ludzie, zegary, szyldy, psy, koty — Na placu i na moście — Sobowtór Kajtusia
Mama zapłakana, a ojciec się gniewa:
— Gdzie byłeś tyle godzin?
— Taka ładna pogoda — mówi Kajtuś.
— Pogoda ładna, więc zaraz po chorobie na pół dnia uciekasz? Myśleliśmy, że znów cię coś opętało. Obiecałeś, że wrócisz z cmentarza. Szukałem cię tam. Jak ty się nie wstydzisz?