Spuścił Kajtuś głowę, już się nie tłumaczy. Wstydzi się: nie dotrzymał słowa.
Ojciec jeszcze coś mówi, ale Kajtuś nawet nie słucha.
Tak zawsze bywa, że gdy dorośli bardzo się gniewają, dziecko w przestrachu już nie rozumie, co i dlaczego krzyczą. Już tylko hałas w uszach i w głowie. Tylko czeka, jaki będzie koniec i czy uderzą, czy nie.
— Dziś zostaniesz w domu, a jutro do szkoły. Dosyć tego hultajstwa. Jesteś zdrów, więc się ucz. Zrozumiałeś?
Nie pożegnał się ojciec i wyszedł. Kajtuś został z mamą.
Mama zaczęła go pocieszać.
Taka dobra.
— No trudno, stało się. Już więcej tego nie zrobisz. Nawet nie twoja wina. Nie powinnam była pozwolić, żebyś sam chodził na cmentarz. Mamy ciebie jednego, więc się obawiamy, żeby ci się co złego nie stało. Nie bój się: nie oddamy cię do zakładu poprawczego. Ojciec tak tylko mówił.
Uspokoił się Kajtuś.
— Podobno awantury w mieście? Tam pewnie chodziłeś? — pyta się mama.