— No, sami państwo widzicie. Może śliweczki węgierskie?

— Chcemy pomarańcze!

— Doskonale. No ruszajcie się, panowie urzędnicy! Klientela czeka.

Urzędnicy się buntują.

— Nie jesteśmy młodymi panienkami, żeby handlować owocami.

Przyszedł kasjer. Otworzył. A w kasie same figi.

Krzyk, groźby — awantura.

Nie lepiej u jubilera.

— Przepraszam, czy jest właściciel?

— Ja jestem. Właśnie.