— Nie wiem, jak się nazywa. Przystojny, ma takie marzące oczy.

Wchodzi sekretarz.

— Chłopiec może iść do domu. Te dwie do sędziego śledczego. Zabrać stąd telefon. I do piątej rano żeby tu nikt nie wchodził. Rozumie pan: nikt. Chyba, że coś groźnego. Muszę odpocząć. Moje uszanowanie paniom.

— Panie naczelniku, niech pan sprawdzi, że mam w zębie watę.

— Sędziemu pani pokaże. No, już podpisane.

Wyszli.

Naczelnik policji stołecznej rozpiął ostatni guzik munduru.

Rzucił się na kanapę, przykrył kocem.

Chrapie.

Trzy razy próbował Kajtuś, żeby zapomnieli. Udało się wtedy z rowerami na korytarzu w szkole, więc czemu teraz nie miałoby się udać.