Akurat słońce się wychyliło.
Spotkali się z Kajtusiem przy oknie i spojrzeli w oczy.
— Patrz, matuś, śliczne słońce. Chodź, jaki śliczny wrzos! Muszę urwać!
Wychyla się i wyciąga ręce.
— Ostrożnie, Zosieczko. Siadaj. Zjemy śniadanie. Potrzymaj szklankę.
Drugą szklankę podała Kajtusiowi. Nalała mleka, dała po bułce z masłem.
— No, jedzcie.
Wszystko tak prosto, z miłym uśmiechem.
Ledwie wypili i zjedli, Zosia klasnęła w ręce.
— Patrz, mamo, wrzos. Cały bukiet wrzosu. Skąd się tu wziął?