— Nie, walizka ciężka.

— To nic.

Wziął walizkę w prawą rękę, koszyk w lewą. Niesie jak piórko.

— Silny jesteś.

Wychodzą z wagonu.

— O, jest Andrzej. Tu, tu. Proszę. A ty... a pan kawaler dokąd?

Kajtuś się zmieszał.

— Bo jeśli w naszą stronę, jest miejsce — możemy podwieźć.

I oto bez żadnych czarów stało się tak, jak chciał. No, bo że zdobył bukiet wrzosu dla Zosi i był trochę silniejszy — tego nawet liczyć nie warto za czary.

Jadą. Zajechali przed dworek. Tak pewnie było u dziadka. Klomb. Astry. Ganeczek obrośnięty winem.