Kajtuś pchnął ciężką skrzynię — raz, drugi, trzeci. Drgnęła, zachwiała się. Jeszcze raz: obsunęła się.
Coś błysnęło na ziemi. Podjął, patrzy: dwie monety po dwadzieścia groszy, które był wtedy zarobił na targu i schował na pamiątkę.
Chuchnął.
— Na szczęście!
Rzucił na wieko skrzyni i wszystko ziemią przysypał.
Rozkazał przezornie:
— Niechaj nie będzie znać, że tu ktoś kopał. Niech trawą porośnie.
Tak właśnie się stało, jak rozkazał.
Wraca.
I tak mu się zdaje, że ten skarb zakopany — to jego cały zapas, gdy powróci z podróży. Że dom Zosi — to jakby cicha przystań, gdzie będzie mógł odpocząć po trudach dalekiej drogi.