— A pan chciałby może, żeby zmiażdżył dzieciaka?

— Nie chcę, ale się obawiam. Widzi pan: Murzyn już zły teraz. Jeżeli go galeria zirytuje krzykami, to zabawa może się źle skończyć...

A galeria krzyczy:

— Nie daj się, czarny! Zuch Czerwona Maska! Precz z małpą! Szympans, goryl!

Murzyn już się nie śmieje. Nie spuszcza z Kajtusia oczu. Ma plan: tak go odepchnie, że Kajtuś zwichnie rękę; a choćby nawet złamał: musi go ukarać. Malec krzyknie z bólu, a ręka bezwładnie zwiśnie.

A Kajtuś rozzuchwalony i gniewny, że Murzyn nie atakuje — skacze wokoło i młócić zamierza razem ze wszystkich stron. Tylko mu maska przeszkadza i tchu już brak, i w sercu ból coraz większy.

Rozległ się gwizdek sędziego.

Kajtuś pada na krzesło. Masażyści wycierają zdrętwiałe ręce i nogi. Dyrektor cyrku chłodzi go ręcznikiem.

— Dosyć! — wołają jedni.

— Nie przerywać! Chcemy widzieć! Jeszcze!