— Nie szkodzi. To reklama. Dobrze Kajtuś zrobił: ludzie sławni powinni mieć kaprysy.
Najstarszy marynarz uścisnął mu rękę.
— Czterdzieści lat wożę ludzi przez ocean. Dumny jestem z takiego pasażera.
Wieczorem w sali balowej odbył się bankiet na cześć Kajtusia. Panowie we frakach, panie w białych sukniach patrzą na Kajtusia przez lornetkę.
Chłopcy okrętowi przyglądają mu się z podziwem i zazdrością. Czytali o nim w gazetach.
— Więc to wszystko prawda, nie czar i nie sen? Więc zwyczajni ludzie, jeżeli zapłacą, mają takie okręty i pociągi, zabawy i wygody? Kto bogaty, ma wszystko. Dlaczego więc babcia i ojciec mówili, że pieniądze szczęścia nie dają?
Późnym wieczorem wrócił z doktorem do kajuty.
— Od jutra, mój przyjacielu, należysz do mnie. Rano kąpiel po lekkiej gimnastyce. Śniadanie: mleko, bułka, owoce.
— Jakie owoce?
— Nie wiem jeszcze. Poradzę się115 z naczelnym kucharzem i poszukam w księgach lekarskich; zdaje się, że na okręcie najzdrowsze są winogrona.