— I pewnie ci smutno, tęsknisz? Napij się odrobinę, kochanie.
Kajtuś wyciąga rękę, ale czuje ten sam zapach wina: wtedy na cmentarzu i wtedy w cyrku w Paryżu.
— No pij, będziesz dobrze spał.
Kajtuś nagłym ruchem wytrąca kieliszek z ręki — i:
— Zgiń, maro przeklęta.
Dziad chwycił za poręcz, jęknął przeciągle, jakby zawył, i znikł nagle, jak nagle był się zjawił.
Kajtuś rozejrzał się niespokojnie, ale na pokładzie nie było nikogo. Z dala Włoch, odwrócony tyłem — śpiewał dalej: nie widział.
Wrócił Kajtuś do kajuty.
— Dziś z nami możesz spać. Przekonaliśmy się, że jesteś dobry kolega. A w sionce niewygodnie; budzą cię.
— Dziękuję.