Westchnął głęboko, spojrzał na swoje ręce, na ręce dozorcy. Zmarszczył brwi. Wydał rozkaz.
— Czego się na mnie gapisz?
— Zaraz się pan dowie.
Westchnął. Powtórzył żądanie.
— Przyjemnej drogi panu naczelnikowi — mówi Kajtuś uprzejmie i otwiera drzwi więziennej karetki.
Starszy konwoju z kajdankami na rękach i kneblem w ustach jedzie kłusem do więzienia, a źrebak wysiada.
Zrozumiał teraz zarozumialec, że Filips miał słuszność.
A Kajtuś rozgląda się ciekawie po mieście.
Nic się tu nie zmieniło. Te same sklepy i kina; tak samo ogłoszenia na słupach; tacy sami przechodnie.
Nic się nie zmieniło, tylko Kajtuś już inny.