Pchnął drzwi drugie. Ogień za sobą zostawił.

Teraz stoi na skale, a pod nią przepaść bezdenna.

Skoczył i zawisł. Zdążył chwycić brzeg przeciwny. Rzucił się ciałem, zagarnął ręką skałę pod siebie. Wyraźnie słyszy wzywanie.

Drugą przeszkodę zostawił za sobą i wstąpił w trzecie drzwi.

Idzie.

Dotrze do Zosi, choć węże wiją się koło nóg i ślinią jadem trującym. Kołysząc się, wznoszą w górę płaskie łby, chylą się ku twarzy. Zwiną się dokoła, oplączą i zduszą.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ostatnie drzwi zamknięte na pięć pieczęci. Zrozumiał zawiłą ich mowę.