— Dobre psinki — pocałowały starego. Możecie przenocować u mnie, ale jutro marsz w drogę. Za biedny ja, by mieć przyjaciół.

Nalał kwaterkę blaszaną wody do miseczki, zabielił mlekiem, podrobił razowego chleba.

— Niebogata moja wieczerza.

I użalił się stary.

Opowiedział, jak dzieci jedno po drugim w świat poszły, samego zostawiły.

— Do miasta, piesku, poszły. Pewnie, że w mieście więcej zabawy. Weselej tam niż na wsi ze starym ojcem.

Dwie łzy spłynęły po zwiędłej twarzy i spadły na Kajtusia — gorące.

Zasnęli zdrożeni czujnym psim snem, który słyszy. Oto mysz skrobie, kogut pieje, wóz drogą przejechał. I zapach smutnego człowieka i jego biedy.

Wypoczęli. Uspokoił się Kajtuś. Zosia ma słuszność: nie warto myśleć o tym, co będzie. Życie tyle ma różnych niespodzianek. Zobaczą, co dalej.

Mają cel: dostać się do domu.