— No, ruszajcie. Nie mogę głodzić żywego stworzenia, a dzielić się nie ma czym.
Pożegnali się.
Rozpoczęli tułaczkę od wsi do wsi, od chaty do chaty — w poszukiwaniu chleba i kości.
Osłabli i schudli.
Nieufnie zbliżają się do ludzi. Ostrożnie z daleka zatrzymują się, widząc psa koło zagrody.
Bo często:
— Poszli won!
I ostre kły psów gospodarskich.
Trzeba kryć się, uciekać przed batem, kijem i kamieniem.
— Nie smuć się. Nie gniewaj się, Antosiu — pocieszała Zosia.