Przygarnęła Zosię, która całuje twarz, oczy matki.
Znów odpoczynek. Znów ciepłe mleko. Pod opatrunkiem prędko zagoiła się rana.
— Zostań jeszcze — prosi Zosia.
Smutno rozstać się po tylu wspólnych przygodach.
Ale nie. Trzeba w drogę.
Łatwiej teraz samemu znaleźć pożywienie, ale trudno psią dolę znosić w samotności.
Poznał Kajtuś w samotnej podróży, co to być sprzedanym, gdy każdy ogląda i ocenia. Poznał się z łańcuchem na krótko. Poznał, co znaczy kapryśny chłopak, któremu dano psa do zabawy. Nie oszczędził los Kajtusiowi ostatniej psiej niedoli, gdy go czyściciel miejski pochwycił na stryczek. Za co? Czy za to, że żyć chce i żyje?
Szarpnął się raz i drugi, potem po ludzku, przemyślnie się przyczaił; a gdy krata miała się za nim zawrzeć raz na zawsze — po psiemu wbił zęby w rękę oprawcy, ugryzł i uciekł.
Jedyne najmilsze dwa dni spędził u biednego pastucha. Głodno było, ale to nic. Tu nie był zabawką ani nawet zwierzęciem, ale równym, bliskim przyjacielem, bratem.
Gdy rozchodzili się smutni, długo ku sobie patrzyli, pewni, że nieprędko zapomną.