Gdy sił zbrakło, znów spróbował szczęścia na dworcu kolei. Dwa razy się nie udało. Raz drzwi były zamknięte, drugi raz kopnięciem ze schodów już w biegu pociągu zrzucony.
Za trzecim razem zauważyło go widzące serce dziewczyny, co do miasta na służbę jechała samotna.
Rzuciła pod ławkę kromkę czarnego chleba.
— Jedź sobie. Ty sam i ja sama. Chociaż w podróży się wspomagajmy.
Więc nareszcie Warszawa.
Miasto rodzinne z jego jedynym zapachem i wspomnieniem.
Bocznymi ulicami, bez przygód dotarł do mieszkania rodziców.
Czeka tu Kajtusia bolesna niespodzianka.
Stoi pode drzwiami i niecierpliwie drapie, i wdycha woń izby. Przywiera do szczeliny nosem i tęsknotą i zamiera w bezruchu.
Słyszy głos matki: