Nie wiem, czy i dziś wracać z Mundkiem. Jeżeli się ma jedną drogę do domu, a zacznie się razem z kim chodzić, to już trzeba zawsze. A może być nieprzyjemnie i już się trudno odczepić, już się trzeba albo na dobre pokłócić, nawet pobić, żeby znów zostać samemu i z kim innym wracać.
Są tacy, z którymi nikt wracać nie chce, więc się co dzień do kogo innego przyczepi. Są tacy, którzy sami wolą wracać do domu, ale tacy się rzadko zdarzają. Są tacy, którzy lubią kupą. A najczęściej wraca się we dwójkę, w trójkę, dwaj są jakby przyjaciele, a trzeciego doprosi się albo sam podejdzie i patrzymy, co on za jeden. Są zazdrośni, którzy nie lubią, żeby był i trzeci. Tacy są nieprzyjemni: wygląda, jakby cię kupił dla siebie.
Przykro, jeśli jeden chce razem, a drugiemu już się znudziło albo wybrał innego. Musi się wykradać ze szkoły, żeby go tamten nie znalazł. Jeżeli delikatny, zrozumie, już sam odejdzie. Ale inny robi awantury, rozpowie sekrety, nakłamie i z niby-przyjaciela zrobi się najgorszym wrogiem.
Nie zawsze ten, z kim się idzie ze szkoły, musi być przyjacielem. Bo przyjaciel może mieszkać akurat gdzie indziej, że nawet kawałka iść z nim nie można, od razu w przeciwne strony. Więc co innego przyjaciel, a co innego, z kim się lubi wracać. Ale zawsze przyjaciel jest jakby brat i nawet więcej. Tylko że brata lepiej się zna, więc się nie można pomylić. A przyjaźni się człowiek słowami, więc zdaje się, że jest taki, jak mówi, a można się pomylić, bo będzie fałszywy. Inaczej w oczy, inaczej za oczy albo inaczej mówi, a inaczej robi. Jeżeli brat się nie uda, już nie ma rady: pokłócisz się, a musisz się w końcu przeprosić. A z niby-przyjacielem można się rozłączyć na zawsze.
Gdy wtedy pierwszy raz byłem mały, miałem też różnych przyjaciół. Pierwszy był rok, ale lubiłem go tylko parę miesięcy, potem widzę, że mnie namawia do złego, więc czekałem tylko, żeby sobie odszedł. A on nie. Aż został na drugi rok w tej samej klasie i tak się od niego zwolniłem.
Drugi też był nie bardzo udany, ale z nim łatwo się pokłóciłem. Dałem mu parę prezentów, pożyczyłem pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt groszy i tak, jakbym się od niego wykupił.
Potem długo byłem ostrożny. Różni się przysuwali, ale pójdę raz, dwa razy, a potem niby że muszę gdzieś wstąpić albo że pióra zapomniałem i muszę wrócić do szkoły, albo przed dzwonkiem przygotuję wszystko i w te pędy łapię palto i już mnie nie ma. On na drugi dzień mówi:
— Gdzie się wczoraj podziałeś? Czekałem, szukałem ciebie.
A ja:
— Nie wiem. Sam wracałem do domu.