Aż znalazłem przyjaciela. Prawdziwego. Co to jak nie przyjdzie do szkoły — smutno. I chcę razem siedzieć. I bez niego nie bawię się na pauzie. A on często przepuszczał — coraz częściej. Nie dokazywaliśmy na ulicy, bo powoli chodził.

A inni mówili:

— Że też ci się nie nudzi? Tak się wlecze. Dziamdzia taki. Z dziewczynkami się całuje.

Nie był wcale dziamdzia, tylko chory na serce. Z dziewczynkami się nie całował, tylko miał kuzynkę. Myśmy już byli duzi, w czwartym czy piątym oddziele50, a ona w pierwszym. I czasem ją spotykaliśmy, i ona się z nim całowała. Mała i do tego cioteczna siostra. No więc co takiego?

Jeszcze miałem jednego. Był o dwie klasy wyżej. Bo zdarza się, że starszy zaznajomi się z małym i razem wracają, jeżeli się szkoła razem akurat kończy. Ale raz kazał mi czekać, a potem szedł z kolegą i z nim rozmawiał, a mnie jakby nie widzi. Plączę się obok jak piąte koło u wozu. Więc widzę, że zajęty, no i przechodzę na drugą stronę ulicy, i patrzę, czy się zapyta, dlaczego odchodzę. A on nic. Nie obraziłem się, ale pomyślałem: „Ma mi łaskę robić”. I tak się skończyło.

Pamiętam to wszystko i teraz już jestem ostrożny. Wolę poczekać, aż znajdę kogoś nie tylko do latania, ale żeby z nim można o różnych rzeczach porozmawiać. Nie tylko o szkole, ale w ogóle.

Więc idę, a Mundek na drodze dogonił.

— Szukałem cię w szkole — mówił.

Nic nie odpowiadam. Idziemy obok. A on się pyta:

— Może nie chcesz ze mną chodzić?