Dwa wściekłe samochody kursowały przez całą pauzę.

Nasza trójka dobrze była dopasowana. Tylko jeden koń uderzył się w głowę, bo akurat uciekaliśmy przed wściekłym samochodem, a tu lecą z boku. Już nie zdążyłem wyminąć i bęc! — w tamtego głową. Nawet nie płakał, tylko już nie chciał być koniem.

Mnie się guzik oderwał, ale podniosłem, schowałem, żeby w domu przyszyć.

Tylko w jednym miejscu było bombardowanie. Galopem się tam przelatywało przez tę linię strzałów.

Kto sam się nie bawi, nic tu nie rozumie. Bo ważne nie tylko, że się lata, ale co się w człowieku samym dzieje. Gra w karty czy w szachy nawet — to tylko rzucanie papierków i suwanie drewienek. Taniec — to kręcenie się w kółko. Ten wie, kto sam gra lub tańczy.

Nie wolno lekceważyć zabawy ani przeszkadzać, ani od razu przerwać, ani narzucić niemiłego towarzysza.

Jeżeli jestem woźnicą, chcę mieć konie równego wzrostu, nie za duże, nie za małe, wesołe, ale posłuszne, rozumne, przytomne. Jeżeli jestem koniem, nie chcę woźnicy głupca albo brutala. Bo sam ustanawiam szybkość biegu, nie chcę, żeby mnie szarpał, bił i popychał. Inaczej czuję jako koń, inaczej jako woźnica. A wy co wiecie? Że parsknąłem, że niecierpliwie nogami w miejscu przebieram czy wołam: „stóóóój — wioooo!”

Gdy jestem strażakiem, rozglądam się, czy nie dostrzegę dymu — w górę patrzę, inaczej się spieszę, niż kiedy pędzę z armatą na pozycję. Przed strażą ustępują, artylerię bierze na cel nieprzyjaciel. Nieufnie się rozglądam, by nie wpaść w zasadzkę. Gdy jadę jako pogotowie, myślę, czy to ma być dziecko przejechane, czy samobójca, wisielec czy otruty. Nie tylko przecież lecę jak głupi.

Zresztą ważne także, żeby się wylatać na zapas, bo znów godzina w ławce.

Ano, skończyła się szkoła. Idziemy do domu.