— Gdzie leziesz? Zlecisz!

„Jaki litościwy — pomyślałem. — Sam zlecisz, pijaku jeden”.

Ale wcale nie był pijany, tylko już w złości przezwałem. On mnie na trzeźwo wypchnął z tramwaju, bo silny, bo duży.

Czekam, a drugi tramwaj też pełny. Zapłaciłem i jadę. Ale myślę ciągle, jak on mnie ordynarnie zepchnął. Taki ordynus, cham, a jeszcze dorosły — dzieciom przykład daje.

I znów jeden popchnął. Jakoś odgarnął mnie, jak nieżywego człowieka: mało mi suknia nie wypadła. I co ja złego takiego powiedziałem? Każdy by tak samo powiedział:

— Ostrożniej.

A on, jak nie wsiądzie na mnie:

— Ja ci dam ostrożniej!

Powtórzyłem tylko:

— No, bo ostrożniej.