Była Marychna z Wilna. I ja z nią tańczyłem. Bo wuj Piotr kazał tańczyć. Nie chciałem wcale. Wuj Piotr powiedział:
— To ty taki kawaler? Panna do ciebie aż z Wilna przyjechała, a ty nie chcesz z nią tańczyć.
Zawstydziłem się i uciekłem na schody. Bo jak można tak mówić? Niby że do mnie przyjechała. Jej mogło być przykro. Ale wuj mnie złapał i podniósł do góry, a ja się wyrywam i nogami w powietrzu fajtam. Aż się zasapał, ale nie puszcza. Byłem strasznie zły, bo się jeszcze więcej zawstydziłem. A postawił mnie, i mówi: „tańcz”. A ojciec mówi:
— No, nie bądź gamoniem, zatańcz, bo ona gość!
Z Wilna.
Stoję i nie wiem, co robić, bo chcę uciekać, a boję się, że znów złapie i będzie szarpał. Więc tylko po troszku, nieznacznie poprawiam ubranie, patrzę, czy się co nie odpięło albo nie podarło.
A Marychna spojrzała tylko i mówi:
— Nie wstydź się, ja też nie bardzo umiem.
I pierwsza podchodzi. I wzięła mnie za rękę. A miała niebieską wstążkę — taką dużą kokardę, włosy tą kokardą z boku zawiązane.
— No, chodź, sprobujemy84.