A on i gwoździe ma.
— Jak pozwolicie jeździć, to dam i pożyczę.
Nie trzeba było brać, bo łobuz. Ale czasu szkoda, każdy chce choć trochę. I zgodziliśmy się. A szkoda. I młotek nie pomoże, jak deska spróchniała. A on ciężki i tak jedzie, jakby umyślnie chciał zepsuć.
Na nic cała robota.
Znów się zaczyna kłótnia. Więc już idę do domu.
Smutno, smutno, smutno.
Irenka patrzy na mnie, a widzi, że mam zmartwienie, więc nie mówi, żeby się bawić. Przysunęła stołeczek, usiadła obok i oparła rękę o moje kolana...
A ja nic, tylko myślę:
„Gdyby Marychna była moją siostrą”.
I wiem, że to grzeszna myśl, bo tak jakbym chciał, żeby umarła, żeby mieć inną siostrę.