Przymknąłem oczy i położyłem rękę na jej głowie. A ona zaraz głowę na kolana i prędko zasnęła. A ja się pomodliłem swoją modlitwą: żeby Irenka żyła i była zdrowa i żeby Marychna była szczęśliwa.
No bo tak: kocham ją, Marychnę.
Co się wszystko dzieje w człowieku, jakie tam wszystko różne. Bo kiedy patrzeć, to się widzi domy i ludzi, i konie, i samochody. Tysiąc albo milion różnych rzeczowników: żyjących i nieżyjących. I w myślach są te same rzeczowniki. W człowieku. Zamknę oczy i widzę tak samo: domy, ludzi, konie. No tak. I każdy rzeczownik ma dużo przymiotników: Duży dom, ładny koń, miły człowiek. A od rzeczownika z przymiotnikiem zależy dopiero, czy lubią, czy mi się podoba.
I tu znów taka sama idzie rozmaitość. Inaczej kocham Łatka, inaczej rodziców, inaczej Mundka, inaczej tę Marychnę z Wilna.
No, bo co powiem:
Lubię, bardzo lubię, kocham.
I koniec.
A czuję, że inaczej.
I dopiero na szczycie jakby — Bóg.
Bardzo dziwnie.