— No, znalazłeś? Widzisz: gdzie powiesiłeś, tam wisi.
Ja mówię:
— Pan nie widział, to nie wie.
A on:
— Nie bądź za mądry, bo dostaniesz w ucho.
Ile czasu upłynie, zanim przestaną nie tylko bić dzieci, ale grozić obiciem. Bo teraz wygląda, że tylko niektórzy z łaski nas nie biją.
W drodze Mundek znów mówił o ojcu.
— Ty może myślisz, że mój ojciec jest taki pijak, co robi awantury. W naszej sieni mieszka jeden. Brewerie wyrabia, raz nawet była policja. Jak do domu wróci, bije żonę i dzieci. Słyszy się, jak trzaśnie, a potem pisk. Potem: weźmie, rzuci na ziemię — szkło nie-szkło. I zaczyna dopiero: „To wszystko moje, ja w krwawym pocie zarobiłem; jak zechcę, połamię, zniszczę, spalę”. A dzieci: „Tatusiu — tatusiu”. Gdyby mój ojciec, nie wiem, co bym zrobił. Bo tata ma tylko słabą głowę: wypije kilka kieliszków — i gotów.
— A dlaczego pije?
— Nie wiem. Pewnie się przyzwyczaił. Bo ja ani pić, ani palić nie będę. Po co chlać truciznę? Nawet w ustach pali — przepali krew i żołądek. Ja zacząłem już papierosy. Ale jeden chłopak kazał nabrać dymu i przedmuchać przez chustkę. I na płótnie taka się żółta, śmierdząca plama zrobiła. Żebym był królem albo miał jaką władzę, pozamykałbym wszystkie restauracje, te tam różne knajpy. Jakby nie było, musieliby przestać.