Miał słuszność. Ale jestem dzieckiem, inny teraz mam zegar, inaczej czas mierzę, inny mój kalendarz. Dzień mój jest wiecznością, która się dzieli na krótkie sekundy i długie stulecia. Nie dziesięć minut pić mi się chciało.
„Kiedy już będzie dzwonek? Bo cierpię. Żar mam w ustach, w oczach i myśli spiekota. Naprawdę cierpię. Bom33 dziecko”.
Nie napisałem, że mi podczas przerwy kolega pozwolił zagrać na nowych organkach — aby tylko sprobować34, czy dobre. Bo chwalił, że najlepsze, nie rdzewieją, trwałe. Grałem może minutę — raz jeden — wytarłem o marynarkę — oddałem. I nic.
Właśnie, że nie nic. Bo jeśli on te organki zgubi, zamieni, sprzeda albo zepsuje, a ja będę miał za pół roku, a on poprosi — to będę pamiętał i też mu pozwolę. A gdybym nie dał, miałby prawo powiedzieć:
— Patrz, jaki ty jesteś! Ja ci pozwoliłem.
Takie przysługi się pamięta, jeśli się ma być uczciwym człowiekiem.
Nie wspomniałem także, że mam palto za długie, na wyrost. Przeszkadzało, kiedy się ścigałem z tramwajem. Dopóki nie urosnę, ciągle będzie przeszkadzało, ilekroć ubiorę35.
Znów nie drobiazg, ale trwać będzie, bo ja wiem, jak długo? Pół roku, rok, wieczność.
Nie wspomniałem, że nagle na szybie żywą muchę dostrzegłem. Ucieszyłem się, po kryjomu cukier ściągnąłem i rzuciłem kilka okruchów. Karmiłem wiosnę. I niechby się odważyła Irena albo kto ją skrzywdzić!
Korek od butelki znalazłem. Przyda się. Mam go w kieszeni w spodniach, przy łóżku.