Żołnierza widziałem na ulicy. Zrobiłem kilka kroków wojskowych. Salutowałem. Uśmiechnął się przyjaźnie.

Myłem twarz zimną wodą. Odczułem jak kąpiel — dobra, zimna woda — radość przelotna.

Gdy byłem dorosły, miałem dywanik stary, spłowiały, wyblakły. I raz na wystawie sklepowej widziałem taki sam, nowy, ten sam deseń, te same kwiaty. Jakoś wolniej i pochylony powlokłem się dalej.

Kiedy byłem dorosły, po długiej zimie wymyli w pokoju zakurzone szyby. Bardzo były zakurzone. Kiedym wrócił do domu, długo stałem przy oknie, zadowolony patrzyłem w przezroczyste okno.

Kiedy byłem dorosły, spotkałem raz dawno nie widzianego, zapomnianego wujka. Siwiuteńki idzie, laską się podpiera. Pyta się, co słychać. Odpowiadam:

— Starzeję się, wujku.

A on:

— Co, już? A co ja mam powiedzieć? Młokos jeszcze jesteś.

Ucieszyłem się, że żyje, że nazwał po imieniu.

I nagle ciepła ręka dotyka mego czoła. Drgnąłem. Otwieram oczy. Spotykam się z niespokojnym spojrzeniem mamy.