— Widzisz pan ten krzyżyk? Po raz pierwszy był on zastawiony przez kobietę, zapłakaną, w żałobie. Wykupiła go. Po latach dwudziestu zastawił go młodzieniaszek i nie zapłacił ani jednej raty. Sprzedaliśmy krzyżyk. Po latach sześciu przyniosło go znowu bardzo smutne dziewczę, z niemowlęciem na ręku... Widzisz pan ten sygnet? I on był zastawiony dwa razy, przez ojca i przez syna. Za tydzień będzie licytacja: znów go ktoś kupi i znów go kiedyś przyniesie... dziwi pana, że ja pamiętam historię tych dwóch przedmiotów? Otóż to właśnie: bo mnie wszystko zajmuje, interesuje, przykuwa — bo jestem taksatorem — istotą myślącą, a nie maszyną martwą, bo jestem taksatorem — artystą... Znam każdego człowieka, który tu wchodzi, wiem, co przynosi, dlaczego zastawia, ile razy procent zapłaci, jak doszedł do posiadania przedmiotu, co się z nim stanie — wszystko wiem, wszystko mnie interesuje, i dlatego życie moje nie jest monotonne, ani zajęcie moje — nudne.

Zapomniałem, że taksator ma być bohaterem mojej powieści, słuchałem ze zdumieniem.

— Każdy z ludzi jest taksatorem, tylko jeden jest lichy, a drugi dobry. A pan czy nie taksujesz ludzi, sytuacji? Czy nie taksujesz pan moralnej i intelektualnej wartości człowieka? Czy nie taksujesz pan jego wartości w stosunku do społeczeństwa i do pana? Taksujemy urodę, zdolności, uczucia, wysiłki, ideały, prawa, dążenia — wszystko — wszystko. Każdy człowiek powinien być przez lat kilka taksatorem w lombardzie; taksatorstwo winno wejść w kurs wykładów szkolnych — bez tego nie można być ani pożytecznym, ani rozsądnym... Gdybym nie był starym kawalerem, gdybym miał synów, przejąłbym synów moich takim zapałem do mego zawodu, że wszyscy byliby taksatorami w lombardach. A pan, pan powiadasz, pan się dziwisz, że jestem zadowolony ze swego losu, że jestem zawsze uśmiechnięty... Panie drogi, ja znam wartość życia i ludzi, umiem wybaczać błędy, kochać ich wysiłki. Ileż to razy przychodzi ktoś płacić procent, a ja myślę wówczas: „biedaku, po co się łudzisz, po co się oszukujesz? Nie wykupisz, nie wykupisz, biedoto”. I pan nie wykupisz ani zegarka, który otrzymałeś w jakiejś uroczystej chwili swego życia, ani pierścionka pamiątkowego. I wiele — wiele zastawisz pan w lombardzie życia. Pan jesteś Polakiem.

— Pan skąd wiesz to wszystko? — zapytałem, zdumiony do najwyższego stopnia.

Uśmiechnął się łagodnie.

Ktoś wszedł. Podał mi rękę na pożegnanie...

Umyślnie teraz dopiero nadmieniam, że mieszkałem wówczas w Paryżu, a co zatem idzie — taksator ten był Francuzem.

Wróciłem do kraju.

Widziałem wielu techników, adwokatów, lekarzy, nauczycieli, kupców, literatów — każdy niemal przeklinał swój zawód, zawodził, biadał, skarżył się i ubolewał.

Zrazu nie zwracałem uwagi na dziwne zjawisko. Ale potem zacząłem ich porównywać z taksatorem lombardu paryskiego.