Gdy dzieciska darły się wniebogłosy, uniemożliwiając panu Michałowi ulubioną poobiednią drzemkę, pan Michał uśmiechał się błogo i szeptał:
— Jak to dobrze, że mam czworo dzieci, a nie — ośmioro.
Gdy żona narobiła panu Michałowi piekła: uśmiechał się pobłażliwie i myślał:
— A cobym ja robił, gdyby mi tak nagle zmartwychwstała teściowa?
Gdy żona wołała:
— Patrz, w jakich ja chodzę bucikach; patrz, jaki mam kapelusz nędzny; patrz, do czego podobny żakiet Mani i spodnie Kazia?!
Pan Michał uśmiechał się filuternie i prawił:
— Szczęście, że kobiety mają tylko dwie, a nie cztery nogi, że kapelusz nosi się tylko jeden na głowie, że ludzie nie wymyślili, by na żakiecie jeszcze nosić jakiś kosztowny dodatek.
Miał słuszność pan Michał: gdyby natura obdarzyła wszystkie kobiety czterema nogami (dwie pary trzewików), to dwunoga uważaną by była za kalekę. A gdyby dnia pewnego król Edward ukazał się na wyścigach ze specjalnym kapelusikiem na nosie, to wszyscy mężczyźni, a zapewne i kobiety, prócz kapeluszów na głowie, nosiliby mniejsze kapelusiki na nosach. I wówczas śmieliby się z dzikusów, którzy kapeluszy na nosach nie noszą, a dziwaków, niechcących się poddać zwyczajowi, nie wpuszczalibyśmy do salonów; a może nawet aresztowali za obrazę przyzwoitości publicznej. Rzecz naturalna, wszystko to działoby się powoli, w ciągu dziesiątków lat.
Pan Michał cieszył się, że rok ma 365 dni, a nie 183, gdyż miałby dwa razy więcej imienin, święconych i choinek; że człowiek ma dwie dziurki w nosie, gdyż osiem dziurek wymagałoby cztery razy więcej tabaki; że siedzi w biurze tylko dwanaście godzin, a nie — dwadzieścia trzy i trzy kwadranse; że w mieszkaniu jego są tylko karaluchy, pluskwy, pchły i myszy, bo mogłyby być jeszcze szczury, żaby, pająki, aligatory, fortepianistki i śpiewacy.