Sie wi.

— Powie kto może, że powodzenie pańskie ściśle jest związane ze stratą dla innych. I tu jednakże można się nie zgodzić. Jeśli zajmuję w tramwaju ostatnie miejsce za pięć kop.129, tym samym zmuszam tego, kto po mnie przyszedł, by zapłacił o dwie kopiejki więcej lub stał na platformie na chłodzie, czyli, innymi słowy, okradam go z dwóch kopiejek lub wygodnego siedzenia. Jeżeli jestem adwokatem i podejmuję się prowadzenia sprawy, tym samym okradam tego kogoś, do kogo by się zwrócił mój klient, gdyby mnie nie było. Jeżeli jestem doktorem, kradnę moim kolegom chorych i ich rubelki. Jeżeli jestem dziennikarzem, okradam innych współtowarzyszów130 o liczbę kopiejek, która przypada za moje artykuły. I dlatego właśnie ludzie, pracujący na jednym polu zarobkowym, zwykli patrzeć na siebie wzajemnie, jak na rzezimieszków. To trudno: człowiek człowiekowi przeszkadza zawsze.

— A nie? Jak mój przyjaciel jeden założył sklepik spożywczy, to mu się obok dwóch innych zaraz sprowadziło.

— Więc widzi pan sam. Nie mówię w tej chwili o sobie, ale ilu to jest uczciwych dlatego tylko, że się boją.

Sie wi.

— Człowiek go się pyta: „cobyś zrobił, gdybyś znalazł na ulicy tysiąc rubli w akcjach?” — „Oddałbym natychmiast” — odpowiada bez wahania. — „A gdybyś pan znalazł pięć tysięcy rubli w papierkach sturublowych?” — „Oddałbym, rozumie się” — mówi smutnie; a w duchu myśli: „bo może właściciel pamiętał numery i zrobił zastrzeżenie”. — „A gdybyś tak znalazł 10,000 i w złocie?” — A ów poczciwiec na pewno odpowie: „co tu gadać o nieprawdopodobieństwach?” — „No, ale przypuśćmy jednak...” — Uczciwiec poczuje, że mu pot na czole osiada gęsto — i milczy.

Uszliśmy już kawał drogi. W dali poczęła majaczyć latarnia. Mój towarzysz tak był zajęty rozmową, że zdawał się nie zauważyć, iż mam na sobie względnie przyzwoite palto i całe buty.

— Powiem nawet więcej. Złodzieje niezaprzeczenie sprawiają ludziom cokolwiek przykrości, choć od braku zegarka nikt nie umarł, a w wyjątkowych tylko wypadkach strata portmonetki czyni niepowetowaną lukę w budżecie danej rodziny. Jednakże przynoszą oni i dużą korzyść, oddają niezaprzeczone usługi.

Sie rozumi — potwierdził mój towarzysz. — No, gadaj, brachu, jaki to my pożytek przynosimy?

— Uczycie ludzi uwagi, zastanowienia, pilniejszego strzeżenia i większego poszanowania swego dobra. Gdyby nie wy, człowiek chodziłby w tłumie zamyślony i narażony byłby na przejechanie, podeptanie, lub inne nie mniej ciężkie obrażenia. Zostawiałby mieszkanie otwarte, co mogłoby ujemnie oddziałać na moralność kobiet. Wreszcie cały przemysł ślusarski, wielkie fabryki kas, zamków, ostrzegaczy — nie istniałyby wcale.