Wiem, że ten tylko współczuć może ze mną po przeczytaniu tego wyznania, kto w rok po ślubie był ojcem dwojga dzieci — bliźniąt (całe szczęście, że nie trojaczków); kto sprzedał wszystko, co, nie będąc drogą pamiątką, posiadało pewną wartość; kto w życiu swoim zmuszony był ze sto razy zawołać w biurze stręczenia posad: „złodzieje jesteście, bierzecie pieniądze, a nie dajecie żadnej gwarancji, że po zapisie klient wasz otrzyma jakąkolwiek, najmarniejszą choćby posadę”; komu odpowiadano w podobnym biurze: „proszę się uspokoić, bo poproszę pana o usunięcie się z naszego biura”; kto odpowiadał: „to nie biuro, tylko jaskinia, nora, pieczara”; do kogo wreszcie zbliżał się szwajcar i mówił: „proszę, niech pan będzie łaskaw wyjść”. Ten tylko współczuć ze mną może, kto codziennie trzy godziny wystawał przed szafką kuriera, notował adresy, aby potem piętnaście razy słyszeć: „już zajęte miejsce”, albo „będziesz pan otrzymywał sto rubli rocznie, jeżeli znasz siedm języków europejskich, trzy azjatyckie i dwa afrykańskie, jeżeli posiadasz pan stenografię, buchalterię podwójną z haczykami, albo potrójną z kruczkami itd.”. Ten tylko współczuć ze mną może, kto przeklął po trzykroć, czterykroć wszystkie lombardy, kantory mamek131, biura komisowe, tanie kuchnie, wszystkie te instytucje, które udzielają pożyczek z „zapewnieniami, poręczeniami i zabezpieczeniami”, kto powiedział sobie „nie ma na świecie przyjaźni; nie ma przysług, dobroci, nic, tylko wilki”.
Tak właśnie ja mówiłem i już miałem zamiar założyć coś „na własną rękę”, na przykład biuro stręczenia posad, już nawet maczałem pióro w kałamarzu, aby zacząć pisać podanie, gdy wpadł do mego pokoiku Władek rozpromieniony, z butelką w ręku.
— Dzień dobry państwu!
— Ciszej do licha, bo dzieciaki pobudzisz.
Wściekły byłem na jego humor.
— Ci-ci-szej — szepnęła żona.
— Ci-cho! — syknęła mamka132 dwojga bliźniąt.
— Więc widzisz, rzecz się tak przedstawia, mam dla ciebie posadę.
— Cieszy mnie to — odparłem niechętnie.
Poczciwy Władek jeden tylko szczerze zajmował się moim losem, poza godzinami pracy biegał z wywieszonym językiem po mieście, każdemu opowiadał o „fatalnym położeniu swego przyjaciela ze szkolnej ławy”, i regularnie co dwa dni wpadał do mnie z krzykiem: