— Widzisz, rzecz się ma tak: na to miejsce było dwunastu kandydatów, każdy z nich miał większą lub mniejszą protekcję. Ty miałeś między nimi zginąć bez protekcji. Otóż postarałem się wysunąć ciebie na pierwszy plan, wyzyskawszy jednę135 ze słabostek ludzkich. Widzisz, taki nasz dyrektor pojęcia nie ma o nędzy, zna ją z powieści i teatru. Więc powiedzieć mu, że ktoś ma żonę i dwoje dzieci i nie ma posady, to on to puści mimo ucha. „Co dwoje dzieci? z dwojgiem dzieci każdy może sobie poradzić; gdyby choć miał piętnaścioro...” I oddałby posadę jednemu z protegowanych. Ale kiedym mu sprowadził136 ciebie i powiedział: „rozpił się z nieszczęścia’’, to było efektowne, sumienie go ruszyło. — I dodał cicho: — Ludzie nie są tak źli, jak głupi. Rozumiesz?

Zrozumiałem to lepiej jeszcze.

Dyrektor co tydzień zbliżał się do mego stolika, wypytywał, czy mnie „nie ciągnie” do szynku. Nie kłamałem, mówiąc, że „wstręt czuję do wódki”, bo tak jest w samej rzeczy i tak było zawsze.

Ma słuszność Władek:

1) Nieszczęście ludzkie tylko wtedy wzrusza, kiedy pachnie teatrem, dramatem, a ciche niedole przechodzą mimo uszu.

2) Ludzie okropnie lubią poprawiać, podnosić, a mniej znacznie — chronić od upadku.

3) Ludzie lubią efekty, hm! jak dzieci, bo nie są może tyle źli, ile... nie lubią myśleć.

Bądź co bądź, mam posadę, a dyrektor jest bardzo zadowolony, że wyrwał z otchłani zdolnego człowieka, który byłby zginął.

Koniec świata

(Trochę fantazja).