Wiedziałem, że łza nie może spływać na czoło, ale wiedziałem także, że nie przysłuchuje mi się czułe ucho przeżytego krytyka, lecz młodość świeża zielonych listków, słońce, wróbelki i... owe dziewczątka.
Patrzały na mnie rozrzewnione, strwożone.
Gdy nagle zbliżył się krokiem zamaszystym mężczyzna w sile wieku i, ilustrując pełne grozy wyrazy, silnym potrząsaniem grubej laski, rzekł:
— W biały dzień, o trzy kroki od rodziców, żeby zaczepiać niedorostków, na to trzeba być cynikiem w najgorszym gatunku. Maniu, Zosiu — wracamy do domu; dosyć tych spacerów...
Załkała srebrna struna ostatnim jękliwym akordem, i skonała moja wiosenna pieśń miłości.
Słońce w dalszym ciągu świeciło na niebie bez chmur, ale już mi ludzie nie byli braćmi, niczyjego serca życzliwego nie pragnąłem...
O pieśni! uczyniłaś mnie złodziejem kieszonkowym, nerwowym, ajentem śledczym, trędowatym, idiotą i cynikiem, bom się garnął do ludzi...
Gdybym był modernistą, zakończyłbym niniejsze opowiadanie tak:
„Czarny kot... Oko Ramzesa... Hydra... Cykuta... Życie... Siedziałem na ławie samotny, jak piorun... Słońce sypało na mnie sadze zwątpienia”.
I byłby nastrój.