Aż stało się.
Kto by w snach szukał sensu?
Idzie ulicą mój syn. Na cienkich jak patyki nogach, kołysze się wielka głowa — tułowia ani śladu — z policzków wyrastają mu dwie maleńkie rączki, jak niemowlęcia.
Podtrzymuję go, gdyż patykowate nogi nie są w stanie utrzymać w równowadze potwornie wielkiej głowy.
Idę obok niego i gałązką zganiam z jego twarzy gromady much, które ją obsiadły.
A za nami biegną ulicznicy i wołają:
— O, głupi idzie, głupi, głupi!
I przychodzimy do wrót wielkiego gmachu.
Padam na kolana przed możnym człowiekiem i wołam:
— Dajcie mu synekurę, synekurę, synekurę!