Słyszane to rzeczy?
— Jak to: tym bardziej? — pyta ten rozsądny kolega. — To dzieci mają potem z głodu zdechnąć?
— A niech zdechną — powiada.
Słowo wam honoru daję — ja jestem sobie poczciwości człowiek i nikomu wody nie zamącę, ale chciałem go zbesztać od ostatnich.
Moje dzieci mają z głodu zdychać? Taki chłystek, co to nie ma pojęcia, czym jest zrodzone z prawego łoża dziecko, taki, panie, smarkacz, śmie mi mówić, z czego moje dzieci mają zdychać. On mi będzie nauki dawał. Dlatego, że mi tam ktoś coś przykrego powiedział, to ja mam... kiedy to i gadać nie warto.
— Mój panie — powiadam do niego — pan jeszcze własną pracą dzieci nie karmił.
A on:
— Ale pan je karmisz nie tylko pracą, ale upodleniem. A dzieci, wychowane kosztem upodlenia ojca, wyrosną na szubrawców, i pan sam nawet nie będziesz miał z nich pociechy. Połajdaczą się panu.
No wiecie; żem go za to nie trzasnął w pysk to doprawdy chyba — że jestem poczciwości człowiekiem.
Racja, czy nie?