Urzędnik przejrzał papiery, pokręcił głową, uśmiechnął się smutnie i szepnął:
— Tak, panie, mamy już dowód, żeś pan nie umarł, ale musimy mieć dowód, żeś pan się urodził.
Stałem jak piorunem rażony.
— Jak to? więc istnieje wątpliwość? więc może okłamywano mnie tylko, i ja żyłem w tej sieci kłamstw i szalbierstwa? O! nikczemności ludzka! — wołałem.
— Ależ uspokój się pan, może pan się urodził, może to prawda, my tylko dowodu na to nie mamy.
Odetchnąłem.
— A jakiż dowód?
— Metryka i książeczka legitymacyjna.
— Ano tak, prawda.
Znów noc całą straciłem. Dziś zupełnie otwarcie wyznać już mogę, że obawiałem się nie na żarty. Wprawdzie słyszałem coś o tym, że mam tam gdzieś metrykę, ale nuż w ostatniej chwili przekonam się, że mnie łudzono tylko?