Po wielu kosztownych próbach i wycieczkach, otrzymałem tyle upragniony dowód, że się urodziłem.

Wręczyłem dowód ów urzędnikowi towarzystwa asekuracyjnego z miną, która mówiła: „I cóż? aha?”.

Stałem wyprostowany w oczekiwaniu nowego ciosu. Nie dał czekać na siebie zbyt długo.

— Tak, panie, teraz najmniejszej już nie ulega wątpliwości, że osoba, wymieniona w polisie, urodziła się i żyje, ale jakiż my mamy dowód, że tą osobą jest pan?

Wyjąłem bilet wizytowy, dwa kwity lombardowe, brzmiące na moje nazwisko, trzy listy, adresowane do mnie, chustkę od nosa z monogramem, dodając przy tym, że pozwalam sprawdzić i inne części mojej garderoby, opatrzone takimże monogramem.

Urzędnik drwiąco patrzał na mnie:

— Nie, panie, my na podobne dowody nie możemy wypłacać pieniędzy. Bilet wizytowy, monogramy i listy, można bardzo łatwo sfabrykować za parę rubli.

Oburzyłem się.

— Panie — rzekłem — torturujesz mnie pan od tygodnia, a dziś robisz mnie pan oszustem, kalasz pan latorośl znakomitego rodu. Tego już za wiele, postępujesz pan niegodnie.

Wysłuchał przemowy mojej cierpliwie.