— Tak — rzekł — rozumiem gniew pański i współczuję z panem, ale ja wymagam to tylko, czego ode mnie żąda moja zwierzchność.

— Jakże ja panu dowiodę, że ja — to jestem ja?

— Drobnostka: uzyska pan podpis sześciu obywateli miejskich i czterech ziemskich.

— Skąd ja ich wezmę?

— Nie wiem, postaraj się pan. To już ostatnia formalność. Suma natychmiast zostanie panu przez kasjera wypłaconą. A przy wypłacie da pan tylko pokwitowanie, poświadczone przez rejenta, i koniec.

Ze zdwojoną energią wziąłem się do pracy... Objechałem pół Królestwa, całą Warszawę, ale w trzy tygodnie niespełna, wydawszy na jazdy około stu rubli, posiadałem żądaną liczbę podpisów.

— Ślicznie — zawołał urzędnik, przeglądając akta mej sprawy (około trzech liber papieru) — teraz pan zechce przedstawić nam poświadczone przez rejenta dowody, że tych dziesięciu obywateli — jest w rzeczy samej obywatelami, że się urodzili i że nie umarli jeszcze.

— Ależ panie, to niemożliwe! — zawołałem z rozpaczą, graniczącą z obłędem.

— No tak, przyznaję, że to jest dość przykre, ale niechże pan sam przyzna, że towarzystwo nie może ufać podpisom ludzi, których nigdy nie widziało, o których istnieniu nic nie wie. No, racz pan przyznać.

— Ano tak, ma pan słuszność, ale bądź co bądź...