— Poczekaj no... Co to ja jeszcze chciałem spytać?... Aha... No, a jak na ciebie dzieci wołają?
— No, jak mają wołać? Wołają: ojciec, tata.
— Mój kochany, powiedz mi tak parę zdań. Jak na przykład — chcą czego, to jak mówią?
— Rozmaicie: „niech tata kupi”, albo: „proszę ojca”, albo „mój tatusiu”.
„Kelner! Płacić, do stu diabłów! Ogłuchłeś?”
Znów go odwołano.
Byłem tak zdumiony zrobionym świeżo odkryciem, że mi się nawet cała ta historia nie wydawała na razie śmieszną. I już wtedy błysnęła w mym mózgu myśl, że kelner bądź co bądź jest człowiekiem. Ale nie odważyłbym się za nic w świecie zwierzyć komukolwiek z tym dziwacznym urojeniem...
Nazajutrz zapytałem, jak się ma żona. Żona ma się lepiej. Dziecko jest chłopcem. On całą noc siedział przy żonie. Teraz przy żonie jest jego matka. Nowe odkrycie: kelner ma matkę. Jeszcze nie koniec. Matka mówi do niego: „synu”, albo „synku”. Dalej: kelner ma bliższych i dalszych krewnych, ma znajomych i przyjaciół.
W dalszym ciągu dowiedziałem się, że on uważa, iż niektórzy goście są ludźmi źle wychowanymi; że wolałby się nieraz i wyrzec napiwka, byle mu nie ubliżano; że czasem ogarnia go takie zniechęcenie (sic45), iż rzuciłby chętnie wszystko do diabła, ale nie może, bo ma dzieci; że on czytał Ogniem i mieczem samego Sienkiewicza i całe noce nie spał i do niczego był niezdolny, tak miał głowę nabitą tymi przygodami; że on uważa, iż prasa za mało zajmuje się wielu sprawami, a za wiele innymi znowu sprawami; że on bardzo potępia Luizę, że rzuciła dzieci dla jakiegoś fircyka; że on by nie przebaczył nigdy żonie, gdyby był jej mężem; że jemu często przykro podawać różne przysmaki, bo zna tajemnice zakulisowe jadłodajni swego pryncypała; że między kelnerami są intrygi; że u nas jest wielka ciemnota i dlatego jest tak źle; że gdyby on miał jakiś kapitalik, toby sobie kupił magle i żyłby sobie spokojnie.
Dowiedziawszy się tylu rzeczy w ciągu trzech dni, zacząłem wyprowadzać wnioski z nagromadzonego materiału.